Refleksje,  Taniec Duszy

Flamenco „Z podwórka na sceny…”

Jestem pod wrażeniem tego jak obficie ostatnio w koncerty flamenco albo przynajmniej jakoś zahaczające o flamenco. Flamenco kiedyś tak mocno zamknięte w wąskiej społeczności lokalnych podwórek, w ciągu wieków przeniosło się na światowe sceny dużego formatu. Jak to się stało, że tak niszowe, związane z tak bardzo wąską społecznością, zjawisko, zdołało zaistnieć szerzej w świecie, poza mapą Hiszpanii? Na samym Śląsku, od jakiegoś czasu, widzę choćby jedno-dwa wydarzenia rocznie, mające w centrum choćby jedną postać związaną ze światem flamenco. Hm….jak to się stało, że tak niszowe zjawisko było w stanie przeniknąć poza hermetyczne granice andaluzyjskich podwórek?


Tańczący na tych podwórkach „gitano” to przecież tak bardzo specyficzny i dość ekscentryczny osobnik, to ktoś

z obrzeży, ktoś, komu w potocznym rozumieniu tylko „fiu-bździu” w głowie, ktoś, kto raczej nie ma wstępu do mainstreamu (no, chyba że do tego podwórkowego ;)). Wielu nie dałoby za niego nawet „złamanego grosza”

i nadałoby mu raczej przydomek „Król podwórka” aniżeli „Król wielkich scen”. No w takim potocznym odbiorze

i wyobraźni wielu, taki jest „gitano”: łobuz, rozrabiaka, niezbyt wykształcony albo wcale nie wykształcony, ktoś, komu się „robić” za bardzo nie chce. Kto by takie zjawisko na duże sceny wpuścił? A jakoś tak się porobiło, że przynajmniej raz w roku mogę kupić bilet na koncert flamenco w Polsce i nie muszę jechać na drugi koniec kraju, by ten koncert obejrzeć, ale mam go w moim zasięgu.


Flamenco to ciągle temat niszowy, ale jednocześnie z tej niszy zerka jakby coraz odważniej. Jak to się stało? Pewnie wszystko zaczęło się od  Cafe canatantes, będących czymś na kształt dzisiejszych tablao (barów z muzyką flamenco na żywo), a może gdzieś jakoś jeszcze wcześniej? Ale z pewnością ta energia flamenco, ta ekspresja była zbyt intensywna, zbyt wyrazista, zbyt nieokiełznana, by pomieścić ją na małym cygańskim podwórku. Moc tej ekspresji ma w sobie coś takiego, co dotyka, jakoś uruchamia, czasem nawet może coś oczyszcza, dotyka miejsc ważnych, niesie znamiona katharsis. Czasem widziałam na koncertach ludzi, niemających nic wspólnego z flamenco, ukrywających łzy wzruszenia (widziałam też oczywiście tych całkowicie niewzruszonych). I często słyszałam „kurczę, co się tam wydarzyło, co to było…”. Flamenco musiało się prędzej czy później wydostać z podwórek, ta fala musiała popłynąć dalej, ten dźwięk, ten stukot, musiał powibrować szerzej i dotrzeć w różne zakątki świata, przekraczając andaluzyjskie granice. Zadziało się tak pewnie też dlatego, że w końcu gitanos wpuścili przybyszy z zewnątrz, wpuścili cudzoziemców na warsztaty nauki flamenco, uchylili rąbka tajemnicy, wpuścili tych „obcych” do swojego świata.

I wielu „obcych” się zachwyciło i nie mogło wyjść z podziwu i chciało to flamencowe „coś” mieć u siebie.

I tak dzisiaj, naprawdę spora część świata tańczy. I oczywiście co kraj to obyczaj i każdy wkłada w ten taniec swoją tożsamość, swój kształt i ta flamencowa, pierwotna forma nie pozostaje nienaruszona, tylko staje się taka trochę oswojona, ale to też dobrze. Tak to postrzegam, że to też dobrze. Choć pewnie niejeden „gitano”, by się z tego powodu w sowim gróbku przewrócił. Bez tego flamenco prawdopodobnie by nie przetrwało, gdyby nie wypłynęło,

nie otworzyło się na to ciało z zewnątrz, prawdopodobnie dawno temu wydałoby ostatnie tchnienie. A tak żyje i ma się coraz lepiej, i pewnie będzie żyło jeszcze długo, dopóki będą znajdywali się kolejni pasjonaci, niosący ten flamencowy ogień w różne nowe i stare miejsca. Dobrze mi jest widzieć jak coś tak bardzo niszowego „ekskluzywnego”, przestaje być czymś tak mocno „ekskluzywnym” i staje się czymś bardziej dostępnym.


Me gusta :).