O “Stagnacjo” ma…
5 września 2020
Ucząc się flamenco odkryłam, że: stagnacja nie jest zła – seriooo! W tańcu, nawet w czasie “stagnacji” w pewnym sensie się rozwijasz. Może nie robisz wtedy takich widocznych postępów – dużych “skoków rozwojowych”, nie uczysz się super nowych stepów, nie przyswajasz nowych obrotów i nowych figur, ale twoje ciało przyzwyczaja się do ruchu w ogóle, oswaja się z nim i doskonali się w nim. Ja tak generalnie jestem typem osoby, która jest w “swoim żywiole”, gdy dużo się dzieje (tutaj mi się rodzi kolejna refleksja, a co to w ogóle za “swój żywioł”, który nas przekonuje, że musi się dziać czy sprawia, że nie możemy się zatrzymać, ale to zupełnie jakaś inna historia – spróbuję się trzymać tematu – nie jest łatwo, właśnie czuję, że znowu zaczęłam biec…🙂). Gdy jestem na intensywnych flamencowych warsztatach, to jest to dla mnie bardzo ekscytujące doświadczenie. Potrzebuję wtedy maksymalnej koncentracji umysłu i ciała. Emocje, które mi towarzyszą mogę porównać do tych, które czasem miewałam ogarniając projekt z krótkim deadlinem – wiesz, że musisz coś szybko skończyć, ale proporcja czasu, który masz do wykorzystania w stosunku do tematów, które masz do ogarnięcia jest zdecydowanie za-bu-rzo-na. Ale koncentracja jak nigdy, pełna gotowość i cała uwaga skupiona na…. TEN JEDEN CEL. Mniej więcej taki rodzaj skupienia i gotowości towarzyszy mi też, gdy jestem na intensywnych warsztatach flamenco, a szczególnie na tych prowadzonych przez Hiszpanów w Hiszpanii – tam jest takie tempo, że nie ma miejsca na chwilę rozprężenia. Po takich warsztatach oczywiście zwykle mam wrażenie, że nic nie umiem i kończę z tym, uznając całą dotychczasową naukę za stratę czasu. NIC NIC NIC. Oczywiście to bzdura, bo coś umiem – oczywiście, że coś umiem 😉.
Ale na szczęście jest jeszcze inny rodzaj pracy zawodowej, niż praca na projektach ze zbyt krótkim deadline i inny rodzaj pracy tanecznej niż ta na intensywnych warsztatach – od razu jak napisałam to zdanie to przyszedł mi taki oddech – taki przyjemny rodzaj wzdychnięcia..ech…takie przyjemne uff. I wtedy, w czasie tzw. “stagnacji” można sobie zrobić osobisty kurs pogłębiania świadomości, “self-coachingu” (istnieje coś takiego? 🙂) czy czego tam (swoją drogą „coaching” to prawie jak „cauching,” czyli w moim wolnym tłumaczeniu słowa, które po angielsku nie istnieje 🙂 “kanapowanie” od ang. „cauch”/kanapa czyli trenowanie rozwoju na kanapie czyli w stagnacji :):)!!) Nie ma wtedy nagłych zwrotów akcji, tych wszystkich przyjemnostek, które są naturalnym środowiskiem dla osób kochających, gdy się dzieje – jest spokojna woda. I co ja mam ochotę wtedy robić, przynajmniej na początku, zanim się nie zorientuję, gdzie jestem? Mam ochotę wiosłować nieproporcjonalnie szybko do tempa wody. Już nie jestem na rwącej rzece tylko na spokojnym jeziorku, ale ciągle“naparzam” w wiosła (przepraszam za to kolokwialne określenie, ale nie mogłam się powstrzymać), dopóki się nie zorientuję, że sytuacja się trochę zmieniła, że już nie jestem na spływie kajakowym , wzdłuż rwącej rzeki, ale jestem na spokojnej wodzie, znowu mogę oddychać. Zaraz zaraz, jak to było? Wdech – wydech, wdech – wydech, wdech – wydech (szczerze mówiąc to porównanie z wodą do mnie nie pasuje bo „nie umiem wody” i bez względu na to, czy jestem na głębokim spokojnym oceanie, czy płynę wzdłuż rwącej rzeki to i tak mnie paraliżuje, jak czuję głębokość). Ale moje ciało i mój umysł tak szybko się przyzwyczaiły do tego „naparzania” w wiosła, że wypłynęły na spokojne wody i dalej próbują cisnąć w tym samym tempie.
Ja lubię, gdy SIĘ DZIEJE, więc gdy przychodzi jakiś rodzaj “stagnacji” z automatu widzę w niej jakiś rodzaj niebezpieczeństwa. Dla osób, które paniczne boją się zmian – “stagnacja” pewnie będzie wymarzonym, długo wyczekiwanym stanem. Każdy z nas pewnie jakoś po swojemu przeżywa stagnację w zależności od tego, co jest naszym tzw. środowiskiem naturalnym. Ale między innymi przez doświadczanie tańca zobaczyłam, że ….hej, wcale nie muszę nieustannie uczyć się nowych figur, nowych stepów, żeby się rozwijać tanecznie. “Stagnacja” też jest potrzebna i też jest rozwojowa. Podczas “stagnacji” mogę się skupić na innych ważnych aspektach tańca, mogę się skupić bardziej na wyrazie, na detalach, mogę zobaczyć te wszystkie niedociągnięcia, na które do tej pory nie zwracałam uwagi i teraz poświęcić im uwagę. Bo przecież, figury, obroty są ważne, ale są jeszcze inne taneczne połaci ziemi, którym warto się poprzyglądać, o które warto teraz zadbać. A tak jakby to tak szerzej na “życiowiznę” przenieść – no właśnie, to czy “zawsze” musimy zdobywać szczyty, super ogarniać zadania i wchodzić na kolejne levele „wszystkiego”?
Poprzedni
Współstwarzanie
Nowsze
Porusza(e)nie
Zobacz również
Plemienne pieśni
12 października 2020
Porusza(e)nie
9 września 2020