Refleksje,  Taniec Duszy

CAŁY ŚWIAT TAŃCZY! MOJA MADRYCKA PRZYGODA

Nie da się ukryć, że miesięczne warsztaty flamenco w Madrycie w ramach Veranosflamenco już za mną. Miesiąc cudnych chwil, małych tanecznych sukcesów, ale też miesiąc zmagania się z własnymi słabościami i ograniczeniami .
Różne momenty towarzyszyły mi w tej mojej miesięcznej podróży. W pierwszym tygodniu adrenalina i ekscytacja sprawiały, że byłam tak bardzo skupiona , tak jakoś mocno stąpającą po ziemi, tak jakbym nie chciała aby choć jedna chwila warsztatów, choć jedno słów czy dźwięk mi umknęły. Liczyły się dla mnie już pierwsze momenty i z taką ciekawością przyglądałam się sobie, jakie miejsce tym razem zajmę na sali, jak je zajmę , jacy ludzi staną obok mnie – jak to jak oni zajmą przestrzeń wpłynie na mnie i w ogóle jak wszyscy wpłyniemy na siebie nawzajem. Kiedyś na tego typu warsztatach chowałam się po kątach, na tyłach. Dzisiaj staję z przodu, nie za wszelka cenę, ale jak tylko jest taka możliwość staję w pierwszym rzędzie, na pierwszej linii – bo tam po prostu najlepiej widać co robi prowadzący i tam jakoś łatwiej mi się skoncentrować, nie odpływać myślami. Po pierwszym tygodniu pełnym ekscytacji , w drugim trochę zaczął mi doskwierać ból w stopach ale i tak byłam zaskoczona jak moje ciało, nieprzyzwyczajone do tak wielu godzin tańca codziennie, całkiem nieźle się przystosowało. Jakoś miałam wrażenie, że poza stopami dobrze mu w tej aktywności. Był też moment kryzysu, porównywania się , mierzenia się z ambicjami , które niestety czasem zabierają mi radość z tu i teraz i zasłaniają to co umiem, a kierują uwagę na to czego nie umiem, i z tego robią sprawę odbierając wartość kawałowi pracy , który wykonałam by umieć to, co umiem. Tak z tym też musiałam się zmierzyć, że nie mam takich zasobów, możliwości jak ktoś inny. Jak choćby 2o latek, który w tak młodym wieku tańczy jak profesjonalista czy jak czy jak 40 latka , która zaczęła stepować w wieku 7 lat , kiedy wszyscy rówieśnicy grali w kosza na boisku, czy też jak 35 latka która co dwa lata jeździ na kilkumiesięczne warsztaty flamenco do Hiszpanii. Jak się utrzymuje skąd bierze finanse na takie życie? Hm….tego nie wiem. Takich zasobów nie mam i nie będę miała – ech trzeba spojrzeć tak zwanej prawdzie w oczy. Nas szczęście mam inne – moje zasoby , niepowtarzalne – tak próbowałam samą siebie zachęcać. Tym razem nawet zadziałało instant , tak dość szybko – może to to słońce i ci zadowoleni z życia ludzie jakoś nieświadomie, wspierająco zadziałali na mój proces samo zachęty (zwykle zajmuje mi to więcej czasu).

Jestem wdzięczna, że mogłam przeżyć ten miesiąc z różnymi ludźmi z całego świata, że mogłam uczyć się od tancerzy top of the top. Jestem wdzięczna za cierpliwość i pasję do uczenia Marii Juncal , poczucie humoru na zajęciach Alfonso Losy . Cały czas wspominam tą bestię Jesusa Carmonę – cudownego , ciepłego człowieka z ogromnym dystansem do siebie, z wytatuowanym „bestia „ na karku. Tak! On jest prawdziwą flamencową bestią – jego taniec podpala podłogę. 🔥🔥
W pamięci zostanie mi też tancerka z ogromnym doświadczeniem La Lupi – odebrałam ją jako wymagającą strażniczkę rytmicznej czystości i flamenco puro. Zostałam zauroczona kojącą energią i absolutnie cudownym głosem Jose Maya. Oj, Joseczku jak jak bym chciała, żebyś ty mi co wieczór flamenco śpiewał 🫶🫶🫶(tylko ciiii, nie mówcie mu) . I Rafaela Carrasco , chyba tylko jej choreografię ciągle pamiętam. Wspaniała, tak profesjonalna – była tak konkretna i tak precyzyjna w uczeniu innych – chciałbym kiedyś znaleźć się na dłuższych warsztatach z nią – bo to były tylko 3 króciutkie godzinki. Belen Lopez ze swoim ciepłem i światłem , mówiła do nas jak do kochanych dzieci – uspakajała, pocieszała . Olga Pericet jedyna, zapytała każdego o imię , skąd pochodzi – jakoś tak myślę o niej po sposobie jej bycia, że to malutka i drobniutka kobietka o niezwykle wrażliwym sercu. I na koniec Marco Flores ze swoim Garotinem (to rodzaj flamencowego stylu) – jaką on miał w sobie świeżość i radość! Jego totalny uśmiech – zapamiętam na długo – na samą myśl ciepło mi się w sercu robi. Ej, no i znowu mi łezka poleciała.
No mega jestem wdzięczna, też za każde korektywne słowo od nauczycieli – w sumie to był przywilej je usłyszeć. Do tego wszystkiego organizatorzy zadbali w każdy piątek o imprezę po koncercie – tak, aby cala szkoła mogła się zintegrować. „Todo el Mundo” – cały świat na jednym parkiecie w rytm meksykańsko – hiszpańskiego popo-disco. To było czadowe!
W trakcie tego miesiąca nie wszystko było dopięte od strony organizacyjnej, ale chyba nie będę o tym pisać, bo w sumie po co – jakby kogoś to interesowało może na priv. Poza tym już prawie zapomniałam , już pamiętam tylko co dobre 🙂.

Tak się zastanawiałam na koniec pobytu, co sprawia, że ludzie z całego świata są w stanie płacić tak duże pieniądze, pocić się w salach z nie działającą klimatyzacją , niektóry powiedzieliby może „męczyć się” w salach śmierdzących od potu ludzi z całego świata? Co nimi powoduje, że nie jadą na miesiąc na Malediwy pić drinki na plaży pływać na bananie i smarować się arganowym olejkiem? Jak patrzyłam na nich i też na siebie to stwierdzam, że to naprawdę musi być pasja , to musi być miłość . I to wszystko przez to flamenco, bo ono tak potrafi w sobie rozkochać , tak wciągnąć jakoś i sprawić, że po prostu chce się je odkrywać mimo całego trudu i oporu, który czasem stwarza. I jak już się w nie wkręcisz, to ono zaczyna ci dużo piękniej pachnieć niż niejeden arganowy olejek na plaży na Malediwach. I kiedyś ten olejek znała tylko Hiszpania – dzisiaj na szczęście zna ten zapach prawie cały świat, choć tylko nieliczni jakoś chcą się nim zachwycić – i pewnie tak już zostanie. A teraz idę żyć dalej…